O. Marcin Laterna – kapłan zawsze wierny

W ostatnim czasie zmagamy się nie tylko z koronawirusem, ale także widocznym kryzysem Kościoła. Myślę, że w tym trudnym czasie, kiedy to część wiernych czuje się opuszczona przez niektórych swoich pasterzy, warto przypominać sobie świetlane przykłady duchownych, którzy w przeszłości wiernie stali na stanowiskach powierzonych im przez Pana.

Na katolickich portalach przywoływane są w ostatnim czasie postacie kapłanów, którym przyszło posługiwać wiernym w czasie zarazy. Najczęściej chyba przywoływanymi są biskup Karol Boromeusz i o. Szymon z Lipnicy. Ja niniejszym tekstem chciałabym przypomnieć kapłana nieco zapomnianego i niedocenianego – o. Marcina Laternę, jezuitę, który swego czasu pełnił funkcję kaznodziei króla Stefana Batorego.

Portret o. Marcina Laterny (pochodzi z Albumu kościoła oo. Jezuitów we Lwowie wydanego w 1905 roku)

Urodził się on w 1552 roku w Drohobyczu i już od najwcześniejszych lat odznaczał się szczególnymi zdolnościami intelektualnymi, ale także pobożnością i dobrocią. Kiedy dorósł, wstąpił do Towarzystwa Jezusowego i poświęcił się pracy ku większej chwale Bożej, jak głosi zawołanie zakonu jezuitów. Jako że w tym czasie Kościół dwoił się i troił, aby pokonać zamieszanie spowodowane przez Marcina Lutra i ludzi, którzy za jego przykładem postanowili doprowadzić do upadku Kościół katolicki, toteż i o. Laterna zajął się działalnością kontrreformacyjną. Ponieważ bezwarunkowo zawierzył Bogu i tylko w Nim pokładał nadzieję, w swoim dość krótkim życiu zdołał zdziałać niezwykle wiele. Służył jako kapelan obozowy w czasie wypraw wojennych na Moskwę, gdzie z niezwykłym poświęceniem niósł posługę żołnierzom. Jako królewski kaznodzieja czuwał nie tylko nad duszą króla Stefana Batorego, ale także nad przestrzeganiem Prawa Bożego w całym królestwie i dążył do nawrócenia jak największej liczby owieczek.  Chociaż przebywał na królewskim dworze wiódł życie proste i skromne, nigdy też nie zapominał o biednych, chorych i poniżonych. Udawał się do szpitali, przytułków i więzień, gdzie nie tylko głosił słowo Boże i udzielał sakramentów, ale także był promykiem nadziei dla tych ludzi, wydawałoby się, że opuszczonych przez wszystkich. Po śmierci króla poświęcił się już zupełnie pracy pośród ludu. Głosił więc słynne na całą Rzeczpospolitą, poruszające serce kazania, całymi godzinami spowiadał, prowadził misje ludowe, umacniał wątpiących, podnosił na duchu strapionych, starał się też o materialną pomoc najuboższym. W tym krótkim tekście nie sposób wymienić wszystkich dzieł miłosierdzia jakich dokonał, dość powiedzieć, że otoczony był powszechną miłością wiernych, którzy doceniali jego wyrzeczenie się samego siebie i zupełne poświęcenie.

A służba jego doceniana była tym bardziej, im trudniejsze były warunki, w których świątobliwy zakonnik ją wykonywał. Nie dziwi więc, że z największą wdzięcznością ludzi jezuita spotykał się w czasie epidemii, które dawną Polskę nawiedzały bardzo często. Pierwszy raz takiej posługi o. Marcin Laterna podjął się w czasie swojego pobytu na placówce w Krakowie. Sam na ochotnika ofiarował się swoim przełożonym do służby zarażonym i spełniał ją z największa troską. Głosił kazania, które podnosiły na duchu, ale też wzywały do nawrócenia, udzielał sakramenty, zapewniał godny pochówek zmarłym. Zawsze służył też dobrym słowem i świątobliwym przykładem. Przykładem tym cenniejszym, że nie pozbawionym cierpienia. O. Laterna w czasie posługi zaraził się bowiem i zachorował tak poważnie, że był bliski śmierci. Bóg sprawił jednak, że wyzdrowiał. Jak wzruszający dla chorych musiał być widok kapłana, który jeszcze niedawno żegnający się z życiem, teraz powrócił do zdrowia i znowu służył im pomocą. Drugi raz bohaterski zakonnik podjął się posługi zarażonym w czasie, kiedy był przełożonym placówki we Lwowie. Ten zupełnie oddany swojemu powołaniu zakonnik ponownie dał wtedy świadectwo, że przykazanie miłości bliźniego pozostawione przez Pana Jezusa nie było dla niego pustym frazesem.

Nic więc dziwnego, że wierni, mając do czynienia z tak pobożnym i ofiarnym kapłanem byli przekonani o jego świętości. Przeświadczenie to stało się jeszcze silniejsze od kiedy dowiedzieli się, że ich ukochany ojciec duchowny poniósł męczeńską śmierć z rąk protestanckich żołnierzy. Stało się to przy okazji wyprawy króla Zygmunta III Wazy do Szwecji. Władca Polski, będący jednocześnie także królem Szwedów, udał się na nią, aby wyegzekwować posłuszeństwo swoich zamorskich poddanych. O. Marcin Laterna w czasie tej wyprawy zastąpił o. Piotra Skargę – dotychczasowego kaznodzieję Zygmunta III. Niestety jednak trudne warunki podróży bardzo odbiły się na zdrowiu o. Marcina i zmuszony był powrócić do Polski. I właśnie w czasie drogi powrotnej, 30 września 1598 roku, statek którym podróżował został zatrzymany przez szwedzkich przeciwników króla Zygmunta. Jako że byli oni protestantami wprost ziejącymi nienawiścią do katolicyzmu, zaczęli naigrywać się ze Świętej Wiary. Spotkało się to oczywiście z natychmiastowym i stanowczym sprzeciwem o. Marcina Laterny. Taka reakcja jeszcze bardziej podsyciła nienawiść prześladowców i w oczywisty sposób skierowała ją przeciwko zakonnikowi. Był wyszydzany, poniżany i torturowany. Na nic jednak zdała się ta przemoc. O. Marcin Laterna, marzący o poniesieniu męczeńskiej śmierci dla Chrystusa, nie zaparł się wiary, do końca mężnie ją wyznawał i bronił, to samo zalecał też swoim przestraszonym towarzyszom podróży. W końcu, po bezskutecznych próbach skłonienia zakonnika do zdrady, protestanci odrąbali mu ręce i wsadzili go do worka, który po zaszyciu wrzucili do morza.

Tak zakończyło się ziemskie życie 46-cio letniego o. Marcina Laterny. Ci, którzy go znali, byli jednak przekonani, że jest to dopiero początek jego pełnego szczęścia życia w Niebie. Od razu też zaczęli prosić zakonnika o pomoc, z którą, kiedy jeszcze żył wśród nich na ziemi, zawsze tak chętnie im przychodził. I jak zwykle nie zawiedli się. O. Laterna zasłynął wieloma cudami, które spowodowały rozszerzenie się jego kultu i podjęcie starań o wyniesienie go na ołtarze. Ciężkie koleje losu, jakie przechodziła nasza ojczyzna, nie pozwoliły jednak na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego jezuity. Kto wie jednak, czy może właśnie teraz, w obliczu panującej zarazy, nie doświadczymy jego szczególnego wstawiennictwa, które sprawi, że w przyszłości będziemy mogli cieszyć się oficjalnym zaliczeniem go do grona błogosławionych, a potem świętych Kościoła?

Tekst powstał w oparciu o wiadomości zawarte w książce Stanisława Cieślaka SJ, pt. Marcin Laterna SJ (1552-1598): działacz kontrreformacyjny, Kraków 2003.

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!
Ocena: 5.0. Na podstawie 1 głosu.
Proszę czekać...
Karina
Studentka historii i pasjonatka polskiego XVII wieku.

Komentarze

  1. Nie znałem tej postaci, gratuluję artykułu.

    Brak ocen.
    Proszę czekać...
    1. Dziękuję za dobre słowo, cieszę się, że mój tekst mógł się na coś przydać.

      Brak ocen.
      Proszę czekać...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *